niedziela, 7 czerwca 2015

Jak przetrwać na konwentach?

Witojcie!

Znów wracamy do dawno nieporuszanego tematu konwentów. Nie każdy do końca wie jakimi zasadami się one rządzą i czasami padają ich ofiarą, w czego efekcie już nie pojawiają się na konwentach, albo pogłębiają się w aspołeczności, głodzie, cierpieniu. Dlatego pobawimy się dzisiaj w "survivalistów".


Dokładniej mówiąc, skupimy się na tym, jak na takim konwencie przetrwać.

Bez sensu - powiecie - przecież to zwykłe zbiorowisko ludzi, tylko do tego atrakcje są, panele i prelekcje!

Stalin też myślał, że podbije Finlandię bez problemu. Zmienił zdanie, kiedy jego armia czerwona dostała po tyłku od finów zapieprzających na nartach.

Podobnie jest z konwentami. To istna dżungla. Fantazo-mangozjebowy busz. Można tam spotkać wszystko i wszystkich, a kiedy już myślisz, ze nic cię nie zaskoczy... To kwestia czasu, kiedy zmienisz zdanie. Ale kończmy już to straszenie i przejdźmy do rzeczy.


EKWIPUNEK


1. Nóż bojowy (duży i ostry, łatwiej kanapki idzie zrobić)
2. Sztućce (praktycznie nikt nie myśli/pamięta o ich zabraniu, posiadanie ich czyni cię wyjątkowym, w sumie nie ma nic lepszego od patrzenia na resztę biedoty wpierdzielającej gorący kubek Knorra palcami)
3. Opiekacz (czyni cię BOGIEM konwentu, lub bożkiem lokalnego sleeproomu. UWAGA! Jeśli zlecą się do ciebie Homo Sępus i zdecydujesz się im pożyczyć opiekacz, patrz na to jak go obsługują, ta hołota często nie posiada żadnego pojęcia o przyrządach kuchennych. No chyba, że wśród nich jest okaz samicy.
4. Czajnik (tak samo jak wyżej)
5. Śpiwór (jeśli jesteś cholernym gigantem, śpiwór jest dla ciebie za mały i nie masz hajsu aby kupić inny, weź go ze sobą razem z kocem i poduchą. Więcej balastu, ale przynajmniej zaśniesz jak człowiek.)
6. Zapasowe koszulki (z reguły na konwentach są zabawy wymagające używania ciała, typu pociąg, jakieś tańce, albo konieczność bronienia się przed nadpobudliwymi yaoistkami. Jeśli nie chcesz, żeby Smells like a Teen Spirit było o tobie, lepiej weź parę koszulek i z nich korzystaj.)
7. Zapasowe spodnie (jeśli się uprzesz, jedne wystarczą ci na cały konwent, ale wzięcie na przykład dresów da ci wygodę podczas snu/poruszaniu się po sleeproomie po nocach, a runy uliczne na nich zawarte pomogą ci obronić swoje terytorium. [Czyt. miejsce gdzie leży rozłożony śpiwór i rzucony, częściowo rozpakowany plecak]
8. Bielizna (chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego.)
9. Zapasowe skarpety (jeśli nie chcesz zrobić ze swojego sleeprooma bitwy pod Ypres, weź je. Ale naprawdę, weź.)
10. Podstawowe kosmetyki typu szampon, żel, pasta, szczotka do zębów itp. (rzecz prawie niezbędna, nie ma nic gorszego jak poranny dech konwentowicza, pełno ludzi z włosami jak z wiejskiego smalcu babuni i zapachu, jakby ktoś wrzucił najgorsze wonie jakie może wydawać człowiek do jednej miski, potraktował to najnowszym na rynku mikserem, który jeszcze pachnie Media Expertem i wpakował mieszankę do piekarnika, po czym jeszcze przyozdobił przepoconymi skarpetami.)
11. Jedzenie i picie (pamiętaj, aby nie brać za dużo, znając życie i tak nie jest się w stanie zjeść tego wszystkiego co mame narobi przez te 3-2 dni. Kupowanie na miejscu jest bardzo taktycznym posunięciem. Jeśli posiadasz ubóstwiane przez młodzież napoje typu cola, upewnij się, że nikt nie widzi, że takowe masz. Z reguły po "rundce" po nawet średnim sleeproomie wraca do ciebie tylko butelka albo resztka napoju, którego napicie się może zapoczątkować pierwszą infekcję zombie apokalipsy. Szczególnie, jeśli posiliło się nim wiele osób.)
12. Metalowy kubek (jedno z najmądrzejszych konwentowych rozwiązań. Ani ci sok szybciej nie skwaśnieje od śliny, ani nie będziesz musiał pić z gwinta, który mógł zostać zainfekowany wcześniej przez innych jakimś nowotworem typu Sword Art Online albo Manson.)
13. Wilgotne chusteczki (mobilne, praktyczne rozwiazanie, jeśli nie chce ci się iść do łazienki umyć ręce, albo zużyto całe mydło.)
14. Normalne chusteczki (w innych okolicznościach)
15. Srajta.... Papier toaletowy (jako człowiek często padający ofiarą moich kapryśnych jelit, polecam)
16. Tabletki przeciwbólowe (w razie co)
17. Tabletki gwałtu (polecam wsypać do coli i iść na panel o bishounenach/yaoi/k-popie/j-rocku. Czasami trafi się ładna. [są możliwością opcjonalną jeśli jest się wysoko wyexpionym w kupowaniu ciał i dziewictwa innych za przypinki])
18. Psychotropy (przydatne w uspokajaniu emosów z ciężką przypadłością niedojebania mózgowego)
19. Zapasowa para luźnych butów (I tak tam większość chodzi w glanach/creepersach, ale problem jest, kiedy taki ktoś musi się poruszać w nocy po sleeproomie, pomiędzy polem minowym osób śniących o byciu gwałconym przez ośmiornice/nieprzytomnych/martwych.)
20. Pałka teleskopowa (wyjątkowo przydatna w bronieniu się przed loszkami, które ślinią się na widok ostrych narzędzi, jarają się krwią, albo naoglądały się zbyt dużo Mirai Nikki. Broń dystansowa może okazać się wyjątkowo skuteczna, gdyż takie fangirle będą probowały zrobić to, co ich ukochana idolka:


21. Portfel dobrze zaopatrzony w pieniądze (chyba wiadomo)
22. Czarny marker (zawsze lepiej mieć swój i zaoszczędzić szukania go u innych, jeśli dostanie się plakietkę i będzie trzeba było wpisać ksywkę.
23. Ręcznik (bo po co wycierać się koszulkami)
24. Klapki (bo grzyby powinno się zbierać, a nie hodować na stopach)
25. Mapa (zwykle dostaje się ją przy akredytacji, ale obejmuje ona tylko teren konwentu. Jeśli nie znasz okolicy lub całego miasta, lepiej się w takową zaopatrz.)
26. Dowód zakupienia akredytacji w internecie.
27. Zgoda rodziców na nocleg na terenie konwentu, jeśli nie masz 18-stki. (czasem sprawdzają, czasem nie, ale lepiej zabrać)
28. Mózg (na ostatnim miejscu, bo po co on komu. Dzięki jego niepotrzebności, mogą istnieć takie fanpejdże jak hejted: fandom, pyrkon, dowolnykonwentktorysiezbliza/byl/jest, albo takie rakowiska jak Anime moim życiem/śmiercią/nałogiem/bogiem/papieżem itp.)



PORADY


1. Na konwencie jest zbiór ludzi, którzy są niezwykle tolerancyjni i z góry akceptują wygląd/wady innych, więc ograniczanie się od publicznego i jawnego hejtu jest godne polecenia. No chyba, że jakaś osoba na to zasługuje i jest to dobrze widoczne, a ty masz na to dowody.

2. 

Wyobraź sobie, że jesteś puszką z jakąś smakowitą, dobrze zakonserwowaną kukurydzą, lecz otworzyć cię i poczuć/posmakować zawartość bywa trudno. Konwent jest takim otwieraczem do puszek i ma niezłą skuteczność.

Zalecam nie stawiać mu oporu, im bardziej się otworzysz, tym lepiej. Oczywiście bez przesady.

3. Staraj się aż tak nie chwalić swoimi osiągnięciami/liczbą obejrzanych amino/przeczytanych mango/powieści fantasy/seriali/przegranych gier lub wiedzą na jakiś temat. Szczególnie jeśli prowadzisz prelekcję. Zawsze znajdzie się jakiś kuc z koprem lub kilkuletnim zarostem na twarzy, który będzie wiedział więcej od ciebie, oglądał więcej od ciebie, grał lepiej itd.
Z reguły im wierzę, bo uwierzcie mi - to widać z góry w ich przypadku.
4. Nie wkurzaj zbytnio tych, którzy wyglądają, jakby dopiero wrócili z misji wojskowej w Syrii. Są na szczęście praktycznie zawsze komunikatywni.
5. Nie zostawiaj syfu. Jeden sprzątnięty śmieć - jeden szczęśliwy gżdacz.
6. Nie demoluj dobytku miejsca konwentowego. A jak już nie możesz się powstrzymać, to niech się chociaż to da odwrócić.
7. Zaoszczędź sobie uwag patrolu lub medycznych i zawieś tą cholerną plakietkę w jakieś widoczne miejsce. (szyja/pasek)
8. Nawet jeśli jarasz się widokiem cosplayerów i chcesz mieć z każdym milion pięćset sto dziewięćset zdjęć, to pamiętaj, że to wciąż są ludzie. Muszą jeść, spać, pić i mają swoich kumpli, z którymi chcą mieć jakiś kontakt.
9. Nie kradnij ludziom pada na konsolówkach.
10. Nie wbijaj z buta na sesje RPG. Gracze tam potrzebują chociaż odrobiny skupienia.
11. Uodpornij się na charyzmę handlarzy przy stoiskach, nie patrz im w oczy, a kupno proponowanych przez nich produktów przemyśl kilka razy.
12. Nie bój się używać swojej charyzmy, lub ją dopracowywać. Raz udało mi się wynegocjować 80% zniżki. Kto wie, może Tobie uda się wyhandlować coś za darmo?
13. Jeśli już zostałeś wciągnięty w grupę, w której większość to niskie, śmieszkowe dziewczynki, pamiętaj, aby zachować własną osobowość. W takim towarzystwie często można stać się bardziej beztroskim i głupszym niż się aktualnie jest.
14. Bądź odważny. Często spotyka się to na konwentach z applausem.
15. Pamiętaj o poczuciu humoru i luzie. Mało kto tam rozmawia na poważne tematy, a wyjęcie przysłowiowego "kija z dupy" na konwenty jest prawie tak samo niezbędne, jak papier toaletowy w każdej toalecie.
16. Dystans do wszystkiego to klucz.
17. Nie bądź zbyt atencyjną, nadpobudliwą suczą, bo możesz spotkać się z nagłą wizytą patrolu sprawdzającą Ci cukier, źrenice, stężenie alkoholu i tętno. 
PS: Tak było i jest. Warszawa <3
18. Nie krzycz, że ZARAZ BĘDZIE CIEEEEMNOOO o 4 nad ranem, ani co minutę.
19. Jeśli jakaś loszka ci się podoba - zagadaj. To konwent, nikt cię tu nie będzie szkalował za podejście do kogoś i podjęcie rozmowy. To nie gimnazjum.
20. Myj się.
21. Kup na konwencie chociaż jedną przypinkę, bo może się wydać, że po prostu przyjechałeś tu chlać w pobliskim barze.
22. Nawiązuj nowe kontakty, przyda ci się to w życiu i na następnych konwentach.
23. Najcenniejsze rzeczy bierz ze sobą. Co prawda konwent nie jest woodstockiem, ale lepiej się zabezpieczyć w razie czego.
24. Nie trać dziewictwa na konwentach. Nie po to one są. (chyba)
25. Spróbuj się przespać chociaż trochę. Nie czyni to szkody i będziesz czuć się znacznie lepiej następnego dnia. Granie twardziela twierdzącego, że "sen jest dla słabych" może dać ci tylko halucynacje z przemęczenia i postrzeganie każdego elementu twojego otoczenia jako miejsca do spania. Szczerze odradzam.
26. Nie zawieraj związków na konwentach.
27. Nie popisuj się przed ładnymi loszkami, które mają na sobie zakolanówki w koty i japońskie mundurki. I tak nie zamoczysz. No chyba, że zwiesz się Kasztanowy Ryż.
28. Przed każdym konwentem jest tzw. Kolejkon, czyli czas spędzony w często sporej kolejce, więc trzeba przygotować się psychicznie. Szczególnie, jeśli zapowiadają na ten dzień upały. Nie lękajcie się jednak, organizacja często to przewiduje i zapewnia cień.

Na razie to wszystko. W przyszłości mogę uzupełnić mój mały niezbędnik kolejnymi poradami bądź elementami ekwipunku. Jeśli macie jakieś propozycje co tu dodać, jestem na nie otwarty. Trzymajcie się!

poniedziałek, 25 maja 2015

Pokuraiona pasta #5 - "maupia" wycieczka

Witojcie!

Po dłuższej nieobecności, w końcu mogę dać Wam jakiś znak życia. Oto świeża jeszcze pasta mojego autorstwa, w zupełnie nowej formie.

To były czasy gimbazy, drugi dzień wycieczki klasowej. Gdzieś na kaszubach, nad którymś z tamtych jezior. Popołudnie.

Był to ośrodek wypoczynkowy najeżony wręcz domkami letniskowymi, większymi i mniejszymi. Gdzieś tam znalazłoby się również pole do siatkówki i koszykówki, był również budynek, który pełnił funkcję w większości rozrywkowe. Było tam od kija kanap i foteli, widziałem też tam kilka stołów bilardowych i tych do piłkarzyków. A wszystko to utrzymane w wakacyjnym, kaszubsko-ludowym klimacie. No wiecie, kiedy nawet asfalt wydaje się być z drewna. W sumie nie zdziwiłbym się gdyby był, chyba tylko przewody elektryczne nie były tam drewniane, ale nie jestem pewny. Siedziałem na barierce od tarasu w jednym z domków nauczycieli i prowadziłem z nimi typową uczniowską, przyjacielską gadkę-szmatkę. Nie miałem w sumie nic lepszego do roboty. Część sebków i karyn wracała z plaży. Postanowiłem zostać, bo szczerze mówiąc nie chciało mi się szukać kąpielówek w tej stercie ciuchów, żarcia i ręczników, które wziąłem. W pewnym momencie gadkę-szmatkę przerwał nam głos jakiejś loszki, dochodzący zza moich pleców. Miały one tam kilkuosobowy domek. Kiedy się odwróciłem, na tarasie stała jedna karyna z mojej klasy, która wołała jedną z nauczycielek. Była ona niezłym lekkoduchem i po jej zachowaniu widać, że pochodziła ze wsi. Tym razem poczuła się za bardzo "u siebie" i... zapomniała, że wychodząc do ludzi, wypada stanik włożyć. No uwodzenie uwodzeniem ale chyba trzeba do tego trochę dyskrecji. No i nauczycielkę to też odrobinę dziwnie. Tak czy siak, zaraz odwróciłem wzrok, bo wtedy jeszcze myślałem, że bycie dżentelmenem coś daje (xD)
Wszyscy się rozeszli do domków po zbiórce, w tym ja. Przydzielono mi miejscówkę z moim kumplem i jednym sebkiem, którego i tak ledwo kiedy widziałem, bo ciągle przesiadywał u karyn. Powiedziałem pierwszemu z nich o tym całym zjawisku i dowiedziałem się, że kumpel chce zacząć z nią kręcić z prostego powodu. Wymiona tej loszki były największe spośród naszego rocznika. Gość tak chorobliwie zazdrościł, że zaczął ze złości napierdalać pięściami w kanapę i ściany przy tym skacząc po pokoju jak szympans z epilepsją po srogiej dawce kokainy. Zarządziłem taktyczny odwrót, zgarnąłem z półki słuchawki i polazłem na jedną z przyjeziornych ławek. Oddalając się od domku, jeszcze słyszałem uderzanie w kanapę i pełne złości jęki, które brzmiały jak jakiś nieszczęśnik z zatwardzeniem.
Usiadłem na ławce. Cicho, spokojnie, zero ludzi. Zanim jednak zdążyłem założyć słuchawki, usłyszałem jak z okolic mojego domku wydobywało się głośne "KRAAAAAAAAAAAAU".
"O kurwa..." - wymamrotałem. Przypomniałem sobie, jak tydzień wcześniej scrollowałem wykopki i znalazłem jeden temat, w którym były jakieś teorie, od których mogły ciarki po plecach przejść.. Otworzyłem z ciekawości i zacząłem śledzić tego posta. Mogłem teraz stwierdzić, że...
Op miał rację. Za czasów wojny, w północnej Afryce, Afrika Korps było usypiane przez tajemniczy gaz o nazwie knuran kremówkanu. Ciała śpiących niemców były podobno wykorzystywane seksualnie przez samego... Cowieka Maupę, największego zbrodniarza wojennego. Wdrażał on im w dogodnych okazjach swoje geny, a obudzeni żołnierze widzieli tylko pozostawione przez niego ścieżki ze skórek od bananów. Od tego czasu, Niemcy pod wpływem określonych bodźców zaczęli powolną, lub w przypadku niektórych - szybką i dziwną przemianę w... Kolejne Cuowieki Maupy. Z racji tego, że były tylko "kopiami" oryginału były o wiele łatwiejsze do unicestwienia i odziedziczyły wrażliwość na elektryczność, ale wciąż lepiej bez konkretnego uzbrojenia nie podchodzić. Hitler wiedział o całym incydencie i kim jest Cowiek Maupa i poszedł z nim na ugodę. W zamian za podrasowanie broni i pomoc przy budowie Wunderwaffe Hitler zgodził się na rozprzestrzenianie genów Cowieka poprzez niemiecką armię. Oczywiście nie ujawnił tego, bo wywołałoby to panikę i stwarzało ryzyko buntów ludności, dlatego zrzucił sprawę nagłych uśpień na substancje, które zawierały pyłki z północnoafrykańskiej roślinności. Geny rozprzestrzeniały się wraz z gwałtami Niemców na cywilach, poprzez zakładanie przez nich rodzin czy korzystanie z usług prostytutek na wszystkich stronach frontu. Z pokolenia na pokolenie ilość transformacji słabła. Z postów opa mogłem wyczytać, że bodźce wymuszające przemianę muszą powodować u człowieka zachowywanie się jak małpa. Kiedy chciałem zapytać opa o szczegóły - thread w magiczny sposób zniknął. Kiedy zaciekawione anonki domagały się wyjaśnień i chcieli nasrać mode'owi do ryja, ten tłumaczył się, że nic nie usuwał. Po jakimś czasie już nikt o tym nie rozmawiał i uznał za jakiegoś trolla 2/10.
Przypomniałem sobie wtedy jak zachowywał się mój kumpel. Mógł się przemienić przez to szalejące libido. Po chwili usłyszałem krzyki innych sebków i karyn. Jak mój kumpel mógł wykorzystać umiejętności, które dała mu transformacja, jednocześnie będąc wcześniej w stanie rozszalałego samca? Wiedziałem od razu. Wziąłem leżącą obok mnie metalową rurę, którą fachowiec Stachu zostawił aby później zamontować i pomknąłem do domku, w którym mieszkała tamta locha. Będąc w pobliżu napotykałem ślady dużych małpich łap, ciała martwych lub ledwo dychających ludzi, wokół nich krew, banany i coś co przypominało kał, ale nie miałem czasu na przyjrzenie się. Wbiegłem do środka będąc przygotowanym na niekoniecznie przyjemne widoki.
I się nie myliłem. Na podłodze leżała jego "wybranka" z bananem w ustach. bolcował ją małpiarz.
Miał przewagę w pomieszczeniu, chciałem go wywabić.
"Są silikonowe." - Powiedziałem donośnie, pukając metalową rurą o próg drzwi, dając znać o swojej obecności. Istota zrozumiała, co miałem na myśli i poczęstowała mnie rozwścieczonym wzrokiem. Po tym zauważyłem, że mój kumpel nie był już człowiekiem. Był cuowiekiem.
Rzucił się na mnie. Był niewiarygodnie szybki. Ledwo zdążyłem się zamachnąć i walnąć mu porządnie rurą w owłosiony łeb. Moja namiastka broni złamała się. Spanikowałem. Nawet rury mają tu z drewna?! Mimo to, ogłuszyło to na chwilę Maupę i pozwoliło mi wyjść bardziej na otwartą przestrzeń. Szukałem panicznie jakiejś alternatywnej broni, lecz Cuowiek ocknął się szybciej niż przypuszczałem. Ruszył na mnie. Byłem pewny, że zaraz skończę z bananem w odbycie, lecz małpiarz dostał czymś masywnym i w miarę sporym w głowę. Upadł, a to czym dostał wylądowało u moich stóp. Była to strzelba. Jebitny amerykański mother-fuckin' shotgun. Spojrzałem w górę na chwilę, patrząc, skąd to mogło spaść. Nade mną unosił się na chmurce sam Kurt Cobain. Zrozumiałem, że jest to ta sama strzelba, którą zabił się 22 lata temu. Po chwili zaczął patrzeć wkurzonym wzrokiem w stronę najbliższego miasta i poleciał pobudzać gruczoły potowe u pustych karynek kupujących bluzki Nirvany z przeceny w H&M'ie, aby śmierdziały like a teen spirit.
Cuowiek powoli się podnosił. Wymierzyłem w niego strzelbę, podszedłem. Kiedy chciał się na mnie rzucić, pociągnąłem za spust. Broń miała taką moc, że odrzuciła Cuowieka z prędkością, w której był zdolny tak zdrowo się wbić w pewien dom w Szymbarku, że odwrócił go do góry nogami i zrobił z niego jednocześnie atrakcję turystyczną, zrykoszetował, zestrzelił Tupoleva w Smoleńsku, znów zrykoszetował od jednego z dachów Kremla, po czym wylądował na Wawelu, gdzie wpierdolił się w któryś z grobów.
Nie wiadomo czy to już koniec. Nie wiemy, ile ukrytych Cuowieków Maup jest wśród nas i czy czasem my nie jesteśmy jednym z nich. Pewnym jest:
Op miał rację.


niedziela, 26 kwietnia 2015

Opuszczony Europark w Radodzierzy - Kurai Exploring #1

Witojcie!

Ostatnio udałem się na małą wycieczkę do Radodzierzy i dowiedziałem się o opuszczonym od kilkunastu lat Europarku, w którym odbywały się huczne imprezy, potańcówki, spotkania młodzieży, ogniska. Było to kiedyś jedno z najlepszych miejsc do spędzania wolnego czasu ze znajomymi lub rodziną, póki nie kupił tego pewien człowiek i... prawo polskie zabroniło mu tam wprowadzać jakąkolwiek renowację lub działalność. Miejsce to zostało bowiem wybudowane w czasach PRL'u, więc nie zaskakują mnie tu prawne niedociągnięcia. Wziąłem ze sobą kilka wędek, oczyściłem pamięć na telefonie i ruszyłem na małą ekspedycję.


Pierwsze co mnie tam powitało, zardzewiała brama, nie otwierana od bardzo dawna.


Zastanawiałem się przez chwilę, czy będę musiał się specjalnie gimnastykować aby tam wejść, ale zauważyłem dość dużą dziurę w płocie, która pomieściła nawet mnie (I to nie był otwór Sashy Gray)



Widzicie te białe budynki na lewo z pierwszego zdjęcia? Prawie wszystkie tamtejsze drzwi były wyważone, lub uchylone. Ułatwiło mi to sprawę. Nie znalazłem jednak nic, poza stertami śmieci i gruzu.


Potem poszedłem podniszczonymi, zamszonymi schodami na pierwsze piętro budynku. Zajrzałem przez okno, sam gruz. Ciekaw jestem, w jakim celu ta budowla tu kiedyś stała.


Co my tu mamy? Ktoś się chyba zdenerwował. I był silny.


Skoro ktoś "otworzył" te drzwi za mnie, aż szkoda nie skorzystać.


Poszedłem dalej w głąb Europarku. Po mojej prawej ciągnęła się sterta gruzu.


A po lewej - mieszkanka.


Oczywiście ciekawość mnie zżerała, dlatego zajrzałem do kilku okienek.


Wszystko wydaje się świeżo pozostawione. Jakby czekające na kolejnych wczasowiczów. Nawet kołdra jest na miejscu.

Poszedłem dalej. Zauważyłem tętniącą niegdyś życiem stołówkę. Jej szyby były zaskakująco... całe. Mimo to, udało mi się zauważyć małą lukę, przez którą zrobiłem zdjęcie wnętrza.

Parę metrów dalej - pełne glonów i kilkuletniego brudu oczko wodne.


I kilka innych smaczków.



A był bardzo miły. 8)


Kolejna brama. Tym razem zamknięta na trzy spusty. W dodatku teren prywatny. Nie zauważyłem tam żadnego monitoringu, Jednak nie było specjalnie celu, aby tam wchodzić. Sam parking.


Płatny w recepcji, która teraz wygląda tak, nawet tanio:


A za recepcją, szereg pokoi, prawdopodobnie mieszkalnych.


 Widzicie te drzwi zasłonięte stołem? Wystarczyło stół odsunąć i do środka dostęp wolny.


W środku znalazłem masę starego sprzętu elektronicznego, zardzewiałych lamp i PRL-owskich naczyń.


Jakby wszystkie rzeczy zostały rzucone na kupę i zostawione.


Suddenly, okulary do nurkowania. Chciałem je przymierzyć, ale znając życie - byłyby za małe. Wychodząc z pomieszczenia oczywiście zasunąłem stół z powrotem.


Widok spoza bramy terenu prywatnego. Udało mi się wejść na piętro budynku i rzucić okiem. 


A na piętrze znów zajrzałem przez okienko i strzeliłem parę fotek. Ta jest wyjątkowo specyficzna. Byłem zaskoczony, że jest tu jeszcze dobry telewizor.


Kiedy zszedłem na dół, za rogiem była szopa. Nie mogłem otworzyć drzwi, bo były zaryglowane. Na szczęście, były uchylone, wystarczająco aby zrobić zdjęcie.


Ruszyłem w stronę domków letniskowych.


A to miejsce... byłoby idealne na ognisko. I pewnie kiedyś było.


Łazienki publiczne. Kiedy myślałem, że są zamknięte na cztery spusty, jednak udało mi się je otworzyć. Nigdy nie widziałem takiej ilości pajęczyn na raz.




A dalej napotkałem na swojej drodzę malowniczą altanę. Niesamowicie przyjemnie by się tu siedziało. 




Garaż zamknięty na pisiont spustów. Ciekawe, co jest tam trzymane od kilkunastu lat i nie jest mu dane ujrzeć światła dziennego.


Doszedłem do domków letniskowych. Wyglądały na zadbane, ale jednak udało mi się znaleźć wyłamaną szybkę, dzięki której mogłem odsłonić firankę i zrobić zdjęcie wnętrza.




Zauważyłem też kilku ludzi wałęsających się w okolicy. Myśląc, że to jacyś spici/naćpani dresiarze (zauważmy, że to była sobota ok. 17), schowałem się za jednym z domków i przyglądałem się, czy te osobniki wyglądają groźnie. Z miejsca zauważyłem, że to po prostu dziadek z synem na spacerze. Wyszedłem i zacząłem udawać młodego wędkarza-zawadiakę. A i jak straciłem ich z oczu, zrobiłem kilka kolejnych zdjątek. Na przykład tego rozebranego boiska.



Dobra, na dzisiaj to tyle. Ciekawy spacerek, można było przekonać się, że tak przyjemne, przytulne i malownicze miejsce jak to, może zamienić się w ruinę i budzić dreszcze. Jak również wywoływać choroby. Dzisiaj zdycham z zawrotów głowy i obolałego ciała. Pewnie coś mnie zaatakowało jak otwierałem te kilkunastoletnie pomieszczenia. Cholera wie co tam siedziało. Tak czy siak, mój pierwszy exploring za mną, trzymajcie się!

piątek, 17 kwietnia 2015

Ewolucja wizerunku zombie - Pokuraione teorie

Witojcie!

Wykopiemy dzisiaj z głębokiego, zimnego i cuchnącego śmiercią grobu temat o jakże bliskich nam we współczesnej popkulturze - zombiakach. Jak zrodził się pomysł na ich stworzenie? Jak przebiegła ewolucja ich wizerunku? Zapraszam do lektury.


Zombie początkowo był uważany za osobę, która została zniewolona przy użyciu magii voodoo w różnych celach. Aby się za kogoś zemścić, robić za wieszak, pomagać w obowiązkach domowych, być szoferem. Tak czy siak, ślepo wykonywała polecenia swojego "pana" i nie miała świadomości z tego, co robi. Często znajdowała się również w stanie odurzenia, przez co poruszała się jak typowy "umarlak". Termin ten był używany na Hawajach i w Afryce, zanim wszedł do popkultury.


Potem (lata 60) zrobiło się wielkie BOOOM w popkulturze. Wydany został film "Noc Żywych Trupów", który pierwszy raz ukazał postać zombie jako gnijącą, wygłodniałą za ludzkim mięsem i mózgiem bestię, która wstała z grobu. Twórcy wykorzystali tam promieniowanie pochodzące z meteorytu jako czynnik, który zaczął całą apokalipsę. Nasze zgniłki były wtedy ślamazarne i tępe jak miecze "samurajskie" z konwentów, ale posiadały sporą siłę (w końcu mogły przebijać się przez trumny i wyjść na powierzchnię), przez co trudno było uciec z ich łap. Do tego były też niewiarygodnie wytrzymałe, co najbardziej przerażało wtedy widownię. No bo jak ludzki, gnijący kadłubek może żyć, a do tego jeszcze stwarzać zagrożenie? No jak tu zabić takie coś?


Kilka lat później wydano sequel, "Świt żywych trupów", w którym wprowadzono dodatkowe urozmaicenia takie jak zombie wegetarianin, czy też pierwsze elementy, które zwiększały mobilność zombiaków. W filmie był moment, w którym taki umarlak przebiegł sobie po ścianie i suficie, aby dotrzeć do martwego ciała jakiegoś nieszczęśnika. Było to moim zdaniem nielogicznie. Skoro takie coś potrafią, to czemu łażą jak ślamazary?
Przez następne lata wydawano inne-lecz-podobne produkcje, które po prostu z innego powodu sprawiały, że martwi wstawali z grobów. Co do motywu popularnej dziś "infekcji", na początku była interpretowana inaczej. Zombie, wgryzając się w mózg lub zabijając nieszczęśnika, powodowały, że jego martwe ciało ożywało. Działało to również w przypadku innej przyczyny śmierci, dlatego każdy człowiek, który kopnął w kalendarz, musiał być... kopnięty jeszcze raz. Najlepiej mocno. Kijem bejsbolowym. Albo piłą mechaniczną.


Motyw "przemiany" wszedł dopiero w latach 80, gdzie ugryzienie przez nieumarlaka oznaczało jednocześnie, że staniesz się jednym z nich w przeciągu kilkunastu minut.
Furorę i wprowadzenie motywu sławnej infekcji wprowadził w 2002r. kultowy Resident Evil.


Korporacja Umbrella pracowała nad bronią biologiczną o nazwie T-Virus, która miała zamieniać ludzi i zwierzęta w krwiożercze, kierujące się instynktem nieumarłe bestie, które przy okazji infekowały przez dostanie się krwi do organizmu, lub przez ugryzienie. Żeby tego było mało, Umbrella mutowała wirusa, aby czynić z zainfekowanych jeszcze skuteczniejszych i niebezpiecznych myśliwych. Przykład, kreatura o pseudonimie Licker:


Infekuje przez pazury i ugryzienie. Przyjemniaczek.

Oczywiście, żeby życie nie było za proste, T-Virus wydostaje się z probówek i zaczyna zbierać żniwo. W 1 części filmu zostaje tam wysłana grupa komandosów, aby zbadać sytuację. I jak to w horrorach bywa - większość ginie, a wirus wydostaje się do Raccoon City. Tu zaczyna się zabawa.


Resident Evil pojawił się również w świecie gier komputerowych (w którym też zrobił furorę) i w komiksach. Popularność tej serii odczuwalna jest do dzisiaj, a filmy i gry nadal powstają. A z nimi co raz to nowe wersje zombie, mutantów i zainfekowanych niebezpiecznych zwierząt. Apokalipsa zombie i jej klimat został tam idealnie odwzorowany i stał się idealnym napędem do fali, które rozpoczęły już wcześniejsze klasyki.

Przejdżmy teraz do tytułu, który zmienił wizerunek klasycznego zombie. 28 days later.


Ludzie przyzwyczajeni byli do ślamazarnych i powolnych nieumarlaków. Już się ich nie bali tak bardzo jak wcześniej. Trzeba było coś z tym zrobić!

Czyli dać im umiejętność biegania, skakania i większej mobilności. Tworzyło to jeszcze większą grozę i ograniczało możliwość ucieczki, a poza tym nikt wcześniej nie spotkał się z takim dynamicznym modelem naszych zgniłków, dlatego widownia po prostu robiła w gacie. 

Warto zauważyć, że "zombie" w 28 days i weeks later nie są w praktyce zombiakami. To zainfekowani Rage Virus'em.

Może i wyglądają jak umarlaki przez ich krwawy wygląd, ale jest to spowodowane tym, że wirus powoduje w organiźmie wymiotowanie krwią i jej wydostawanie się z wszystkich otworów ciała. Oho... Brzmi znajomo? Otóż tak.

Rage Virus to mutacja wirusa Ebola.

Może jesteśmy bliżej takiej apokalipsy niż myślimy, kto wie...

Ale wróćmy do wizerunku naszego zainfekowanego. W 28 days later większość z nich jest nawet... cała. Nie odpadają im żadne części ciała, nie wyglądają jakby ktoś ich przerzucił na lewą stronę. Co to oznacza? Umarlaki nie pożerają tam swoich ofiar. Ich celem jest ich zainfekowanie lub po prostu zabicie przez ugryzienie w szyję, chociaż w filmie możemy zobaczyć zainfekowanych atakujących pięściami lub młotkiem. Tutaj zarazić się można o wiele łatwiej. Wystarczy 1 zainfekowana kropla krwi, lub ugryzienie.

W zamian za mobilność, "zombiaki" dostały cios w wytrzymałość. Odczuwają ból, chociaż ich niepohamowana wściekłość go obniża, lecz nie są w stanie brać już na siebie całych serii z karabinów szturmowych. Ich ciało jest bardziej "ludzkie".

Oto oni. Nie bez powodu wirus ten nosi swoją nazwę. Zainfekowani wyglądają na poważnie wkurwionych.

28 weeks later stało się dużą inspiracją dla kontynuowania nowego wizerunku zombie. Dzięki temu tytułowi mogły powstać kultowe gry takie jak Left 4 Dead, w którym wiernie został odwzorowany "biegający zombie". No i parę "specjalnych zainfekowanych", ukłon do RE moim zdaniem.


I bez biegających zombiaków nie byłoby najbardziej pociesznego filmu o zombie, jaki widziałem, Zombieland!

Mimo kontynuowania wizerunku mobilnego zgniłka, nie zrezygnowano jednak z jego wytrzymałości. Dlatego upowszechniła się zasada niszczenia mózgu, aby skutecznie pozbyć się naszego nieumarłego problemu i nie marnować amunicji. Zrezygnowano jednak z rygorystycznej "jednej kropli krwi" i skupiano się na przekazywaniu zombie infekcji przez ugryzienie.


Na dzisiaj tyle. Dzięki za przeczytanie.
Ach i tak btw, posty będą dodawane w trochę mniejszej częstotliwości, bo matura soon. Na razie!